Tajne nauczanie w Filipowie w czasie okupacji niemieckiej.
admin,
W zbiorach biblioteki cyfrowej znajdują się materiały zebrane przez Marię Kolendo, dotyczące tajnego nauczania na terenie Okręgu Białostockiego. Gromadząc materiały, autorka opracowania pisała listy do osób, które nauczały w czasie okupacji. Opowieści zawarte w listach dotyczą także terenów gminy Filipów. Wiedzę o tajnym nauczaniu uzyskałam również z pamiętników śp. Leonardy Smokowskiej, oraz wywiadu z p. Konstantym Wróblewskim.
Maria Kolendo (1894-1980)- nauczycielka, która w czasie II wojny światowej kierowała konspiracyjną Komisją Oświaty i Kultury Okręgu Białostockiego, powołaną przez Delegaturę Rządu na Kraj. Działała też w Wojskowej Służbie Kobiet, aktywnie uczestnicząc w zbiórkach leków, odzieży i żywności1. Współorganizowała kursy sanitarne dla uczącej się młodzieży. W grudniu 1944 roku, za działalność konspiracyjną została aresztowana przez NKWD, poddana śledztwu i wywieziona do łagru w obwodzie tulskim. Zwolniono ją we wrześniu 1944 roku. Do emerytury kierowała kolejno kilkoma białostockimi liceami, była też dyrektorem Technikum Mechanicznego. Na emeryturze zajęła się opracowaniem relacji nauczycieli pracujących w tajnym nauczaniu. Swoje zbiory publikowała w „Przeglądzie Historyczno- Oświatowym” oraz „Studiach i materiałach do dziejów miasta Białegostoku”. Publikacji „ Z dziejów tajnego nauczania w latach okupacji 1941-1944 na terenie Okręgu Białostockiego” nie zdołała wydać drukiem. Ostatni artykuł Marii Kolendo ukazał się w roku 1981.
Jak wynika z listów przesyłanych do Marii Kolendo, tajne nauczanie na terenie Suwalszczyzny nie było zebrane w jedną, spójną strukturę. W poszczególnych miejscowościach nauczyciele uczyli kilkoro- do kilkunastu osób, bez ustalonego odgórnie programu. Nawet na terenie gminy nie każdy wiedział o innych osobach prowadzących zajęcia w czasie okupacji. Zapewne nie wymieniano się więc doświadczeniami, każdy z nauczycieli prowadził zajęcia według ustalonego przez siebie harmonogramu i schematu. W tym akurat było podobnie. Nie wolno było uczyć dzieci polskich, gdyż Suwalszczyzna, przyłączona do Rzeszy miała stać się terenem niemieckim, zaś przebywający tu Polacy, mieli stać się siłą roboczą zdobywców. A przecież niewolnikom żadna wiedza nie byłaby potrzebna.
Wspomnienia Anny Samojło z Filipowa (spisane- listopad 1966)
„Niemcy weszli do Filipowa w dniu 4 października 1939r. po południu i w dniu tym po raz ostatni odbyły się lekcje. Budynek szkolny został początkowo zajęty przez wojsko, potem była tam szkoła dla dzieci volksdeutchów, polskie dzieci nie miały tam wstępu, choć, jak wiem, niektórzy rodzice zwracali się do władz miejscowych z prośbą o przyjęcie.
Pierwsze dni i tygodnie były pełne rozpaczy i złudnych nadziei na szybki koniec wojny. Tymczasem Niemcy twardą ręką zaczęli wprowadzać nowe porządki i represje w stosunku do pozostałej inteligencji.
Mój mąż, kierownik szkoły w Filipowie, mieszkający tam również ob. Ludwik Kuczewski, b. naczelnik w K.O.S. w Wilnie, a po wojnie wizytator w K.O.S. w Białymstoku, proboszcz ks. Makiel i ja musieliśmy się meldować 2 razy w tygodniu. Ja miałam się zgłaszać w poniedziałki i czwartki o godz. 10-tej.
Fizycznie nie było to bolesne, trzeba było tylko powiedzieć „Ich komme mich anmelden”, żandarm odfajkował, że delikwent się zgłosił i na tym koniec. Ale była to straszna tortura moralna, przekonanie o własnej bezsilności i potędze bezprawia, człowiek choć na wolności, nie mógł opuszczać Filipowa, nawet na jeden dzień, bez zgłoszenia tego w żandarmerii, no i te meldowania…
Już pod koniec listopada zaczęli przychodzić do nas światlejsi ludzie z Filipowa i okolicy, radziliśmy, co robić z dziećmi.
Nie można było tego robić jawnie. Żeby stworzyć jakieś pozory, prosiłam o udzielenie pozwolenia na uczenie dzieci polskich języka niemieckiego. Zezwolenie ustne otrzymałam. Rodzice kupowali niemieckie elementarze, poza które nigdy nie wyszliśmy (uczył również mąż), bo przede wszystkim uczyliśmy po polsku.
Dzieci nosiły książki zimą w cholewach butów, latem w dzbankach do mleka i różnych węzełkach.
Uczyliśmy w kilkuosobowych grupach w różnych porach dnia. Niemcy wyrzucili nas z naszego mieszkania, które zostało przez nich zajęte, dali nam inne, dużo gorsze, ale dla nas mające wielką wartość, bo położone było daleko od żandarmerii i Amtskomisariatu i miało 2 wejścia, z czego jedne od strony torfowych łąk, tzw. rozgardu. Wszyscy którzy nie chcieli być widziani, przychodzili tamtędy, pan Kuczewski też, no i dzieci.
Wiele ich nazwisk pamiętam do dziś. Z niektórych domów przychodziło po kilkoro. Byli to: Złotorzyńscy, Sieroccy, Sztepunowie, Jurscy, Samotyhówne, Gawrysiówne, Mentlowie, jedna bardzo miła blondyneczka Miruchna, której nazwiska nie mogę sobie przypomnieć, Mrozowscy i inni. Zachowywaliśmy ostrożności, ale przecież była to tajemnica poliszynela i Niemcy jakoś się dowiedzieli.
W lecie 1942 r. poszłam na żandarmerię, żeby się zameldować o godz. 10-tej, zostawiając w domu czworo dzieci nad zadaniami pisemnymi. Przyszłam, powiedziałam swoje nieśmiertelne „ ich komme mich anmelden” i chcę wyjść, ale komendant żandarmerii mówi do mnie, że doniesiono im, że uczę dzieci. Z naiwną miną odpowiadam, że naturalnie uczę języka niemieckiego, ale on z narastającą wściekłością zaczyna krzyczeć, że on wie, że uczę po polsku, że „die polnische Sprache ist fur uns ganz verschwunden” (polska mowa jest dla nas niepotrzebna, ona zniknie z powierzchni ziemi, ona już zniknęła).
Robię minę osoby niewinnie posądzonej i mówię, że przecież może się sam przekonać, że to nieprawda, a równocześnie błysk:
– A jeżeli on pójdzie zaraz ze mną, a tam czworo dzieci. Czy zdążą schować polskie książki i wyciągnąć niemieckie elementarze?
Ale na szczęście nie poszedł, powiedział, że wie dobrze, że może się sam przekonać, ale ostrzega mnie poważnie, bo tego pożałuję.
Niedługo jednak potem, z początkiem września 1942r. Arbeitsamt skierował mnie do pracy w Macharcach, pow. sejneńskiego, gdzie pracowałam do końca lipca 1944r.
…”
Autorka opracowania pisze, iż w Macharcach Anna Samojło pracowała w tartaku, a po powrocie Filipowa uczyła jeszcze 4 dziewczynki, w ciągu ostatnich miesięcy okupacji. (Wojska radzieckie weszły do Filipowa 23 X 1944r.)
Z pamiętnika Leonardy Smokowskiej
Lekcje państwa Samojło możemy sobie wyobrazić na podstawie opisu Leonardy Smokowskiej – ich dawnej uczennicy. Odnalazłam je we wspomnieniach, spisanych przez panią Leonardę w formie pamiętnika i wierszy:
„ Rodzice moi kochani dbali o nas bardzo. Nie bacząc na niebezpieczeństwo, tato nawiązał kontakt z przedwojennym kierownikiem szkoły (śp. panem Samojło), który ze względu na inwalidztwo, nie został wywieziony do obozu koncentracyjnego. Udzielał lekcji bratu i mnie, przerabiając program nauczania klasa po klasie. Zapłatą za jego pracę i narażanie się na niebezpieczeństwo były produkty otrzymywane za szycie, którymi ojciec się dzielił. Codziennie o innej porze dnia i innymi ścieżkami, a to bawiąc się z psem, a to kopiąc piłkę, docierałam do domu nauczyciela, gdzie na wszelki wypadek przygotowanych było kilka kryjówek, gdyby ktoś niepożądany wszedł do domu. Przy zasłoniętym szczelnie oknie, w małym pokoiku oświetlonym świeczką, zrobioną z łoju lub innego tłuszczu, pobierałam naukę. Wyposażeniem był szary papier i ołówek, bardzo szanowany i oszczędzany. Wiele razy siedziałam w koszu, przykryta brudną bielizną, lub innym schowku, czasami dość długo, bojąc się złapać głośnego oddechu, aż niepożądana osoba wyszła z domu.
Na tym się jednak edukacja nie kończyła. Pan Samojło znając język niemiecki, dodatkowo uczył mnie tegoż języka. W zamian moja mama (za cara, w młodym wieku uczyła języka rosyjskiego w szkole) uczyła córkę pana Samojły- Danutę języka rosyjskiego.
Pewnego razu wieczorem, kiedy Danusia była u nas, na stole leżała rozłożona książka rosyjska i zeszyt, w którym pisała, wpadła znienacka służąca żandarmerii, co prawda Polka (ale nią być nie powinna, bo wiele złego zrobiła Polakom)… Wzięła książkę do ręki, pytając co to za książka. Moja mama podbiegła i powiedziała, że to książka niemiecka. Na szczęście dziewczyna była analfabetką, o czym mama wiedziała. Danusia blada jak płótno, długo nie mogła dojść do siebie.
Za tajne nauczanie, a w dodatku języka rosyjskiego, z mety groziło wywiezienie do Oświęcimia lub innego obozu…
Ale dobry Bóg ustrzegł nas i pana Samojłę, któremu zawdzięczam, że po zakończeniu wojny byłam przygotowana do piątej klasy szkoły podstawowej.”
Statystyka władz
List do Marii Kolendo pisał Franciszek Walicki – Sekretarz Prezydium M.R.N. w Suwałkach
( spisane na podstawie danych uzyskanych od Sekretarzy Gromadzkich Rad Narodowych) – 7 listopada 1965r.
Na terenie obecnej Gromadzkiej Rady Narodowej w Filipowie były trzy punkty tajnego nauczania:
1. w os. Filipów 4 dzieci, nauczycielka Maria Jagłowska,
2. we wsi Wólka około 15 dzieci, nauczycielami byli Zygmunt i Helena Wilczyńscy,
3. we wsi Huta w latach 1941-1944 16 dzieci, nauczycielem byłem ja.
Ponieważ pozostał we wsi sprzęt szkolny i pomoce naukowe, korzystałem ryzykancko z ławek, tablicy i naukę prowadziłem w domu ob. Pawła Mrozowskiego. Podręczniki szkolne rodzice zebrali od znajomych i sąsiadów, których dzieci uczęszczały do szkoły. Z braku zeszytów dzieci pisały na tabliczkach łupkowych tzw. gryflami- rysikami, a często na zeszytach sporządzonych z papieru pakowego od nawozów sztucznych.
Dzieci były tak przyzwyczajone do konspiracyjnej formy nauczania, że bez żadnego systematycznego zwracania uwagi przychodziły i wychodziły w pewnej kolejności pojedynczo do domu, książki nosiły pod ubraniem, zachowywały się nienagannie i cicho. Często obserwowałem na ich twarzyczkach pewne przygnębienie i wyraz lęku. Ponieważ wieś rozrzucona jest na koloniach, prawie wszystkie dzieci wracały do domów polnymi ścieżkami.
Uczyli, choć nie byli nauczycielami
Do tajnego nauczania w Filipowie przystępowały i osoby spoza szkolnictwa. Córka A. Samojło- Ksenia Cielesz uczyła do roku 1941. Została wzięta na roboty przymusowe, a potem wstąpiła do partyzantki.
Uczył także Bronisław Leplawy- dziewięcioro dzieci z Filipowa, Olszanki i Szafrank.
Kilkoro dzieci uczył Ludwik Kuczewski.
Genowefa Wiszniewska uczyła we wsi Supienie prawie 30-osobową grupę dzieci.
(O tajnym nauczaniu w Motulach, w kolejnym artykule.)
Wspomnienia ucznia- wywiad z Konstantym Wróblewskim
Pan Konstanty Wróblewski, obecnie 90-latek, w czasie okupacji był uczniem tajnego nauczania. Miał zaledwie kilka lat, ale jego rodzice postanowili, że będzie się uczyć. Nauczycielką pana Wróblewskiego i kilkorga innych uczniów była pani Szymańczyk, nauczycielka z Motul. Wywiad na temat jego wspomnień o tajnym nauczaniu przeprowadziłam wspólnie z dziećmi z zespołu Młodzi Kustosze.
– Ile miał pan lat, gdy zaczął się pan uczyć?
– Miałem 7, może 8 lat. Byłem silnym, dobrze zbudowanym chłopcem. Szedłem w zapasy ze starszymi, wyglądałem na starszego niż byłem.
– Gdzie odbywały się lekcje, na które pan uczęszczał?
– Na barakach naprzeciwko bunkra była stara kuźnia, tam się uczyliśmy. Najpierw w domu musiałem zrobić swoją pracę, a później można było iść na lekcje.
– Ilu uczniów chodziło z panem na lekcje?
– Było to 6, do 8 osób, były też z nami dziewczynki. Dwóch chłopców chodziło ulicą, żeby pilnować, czy nie nadchodzą Niemcy. Kiedy coś się działo jeden z nich przychodził do nas i ostrzegał przed niebezpieczeństwem.
– Jak zachowywaliście się w czasie lekcji?
– Nie wolno było być głośno. Nauczycielka cały czas przypominała, żebyśmy byli cicho. Kiedyś zresztą dzieci były grzeczniejsze. Nawet gdy dorośli zbierali się i rozmawiali, dzieci siedziały i słuchały ich opowiadań. Lubiłem słuchać, jak opowiadał mój ojciec.
– Pracowaliście na gospodarstwie?
-Tak, mieliśmy gospodarstwo, przed wojną były tam krowy, świnie, konie, pomagałem rodzicom w opiece nad zwierzętami, miałem też koty i psy.
– Skąd mieliście książki i przybory do pisania?
– Mój ojciec pracował w Mieruniszkach, w Niemczech. Tam znajomi sprzedawali mu tabliczki i kredę. Pracował w biurze u niemieckiego pułkownika, znał dobrze język niemiecki i rosyjski, więc kupował wszystko i później sprzedawał rodzicom dzieci, które się uczyły. Najbogatszy w Filipowie, Filipkowski miał też zeszyty. On też przychodził się uczyć.
My mieliśmy do pisania tabliczki.
– Czy płaciliście za nauczanie?
-Tak, ale płaciliśmy tym co mieliśmy. Mój ojciec zanosił nauczycielce masło.
– Jakich przedmiotów się uczyliście?
– Wszystkich, rachunków, języka polskiego, historii i geografii.
– Czy były oceny?
– Tak, mieliśmy oceny. Z polskiego nie robiłem żadnych błędów, ładnie czytałem, ale z rachunków byłem słaby. Były piątki i czwórki.
– Jakie kary groziły dzieciom i rodzicom za to, że dzieci uczyły się po polsku?
– Karę ponieśliby rodzice, Niemcy mogli ich nawet zabić. Dzieci na pewno dostałyby lanie.
– Czy kiedyś was przyłapano?
– Tak, ale mój ojciec który znał niemiecki zawsze nas wytłumaczył.
-Jakim chłopcem był Pan w oczach Niemców? Czy okazywał im Pan szacunek i był posłuszny?
– Musiałem być posłuszny, ale wcale ich nie lubiłem. Pewnego dnia, chcąc zrobić im na złość, wspiąłem się na słup i zacząłem zbijać izolatory kamieniem. Niestety, spadłem, a niemiecki żołnierz mnie złapał. Położył mnie na kolano i solidnie sprał, ale miałem grube parciane portki, więc nawet tego nie poczułem.
–Czy uczyliście się religii?
– Na religię chodziliśmy do kościoła. Siadaliśmy na podłodze i uczył organista. Ksiądz nie mógł, bo od razu byłby ukarany. To też nie było do końca zgodne z niemieckim prawem. Ale wiara była zawsze ważna w mojej rodzinie. Chodziliśmy do kościoła, mówiliśmy pacierz. Moja żona przez 2 lata była zakonnicą, ale później zrezygnowała. Ale w domu często się modliliśmy. Do tej pory rano zawsze mówię pacierz.
– A jakie kary stosowano w tajnej szkole?
– Nie było kar, dzieci chciały się jak najwięcej nauczyć. Nauczycielka nigdy na nas nie krzyczała, a my siedzieliśmy cicho, bo wszystko trzeba było zrobić szybko i w tajemnicy.
–Czy pamięta pan przedwojennych nauczycieli?
– Pamiętam Zofię Jaruć, była nauczycielką, miała córkę 12- letnią. Niemcy złapali ją i zamordowali.
– A czy dzieci niemieckie w Filipowie uczyły się?
– Tak, tam, gdzie teraz znajduje się WTZ, była szkoła dla dzieci folksdojczów. Uczyły się tam legalnie, zgodnie z niemieckim prawem, a wszystkie lekcje odbywały się w języku niemieckim.
– A co z polskimi dziećmi? Nie mogły tam chodzić?
– Dla nas nie było miejsca w takiej szkole. Musieliśmy uczyć się w ukryciu, ryzykując karę zarówno dla siebie, jak i naszych nauczycieli oraz rodziców. Niemcy chcieli, żebyśmy pozostali niewykształceni, posłuszni i gotowi do pracy na ich rzecz. Ale my nie chcieliśmy się poddać.
– Dziękujemy za wywiad.
Puenta
Wszystkim, którzy z narażeniem życia podejmowali się tajnego nauczania, kolejne pokolenia zawdzięczają możliwość kontynuowania edukacji po wojnie. Dzięki ich poświęceniu wielu młodych ludzi mogło podjąć naukę w szkołach średnich lub kontynuować ją w wyższych klasach szkoły podstawowej. Jednak tajne nauczanie było czymś więcej niż tylko przekazywaniem wiedzy – pozwoliło ocalić polską kulturę, język i tożsamość narodową w czasach, gdy próbowano je zniszczyć. To właśnie dzięki niezłomnej postawie nauczycieli i uczniów Polska po wojnie mogła odrodzić się nie tylko politycznie, ale i duchowo, opierając się na wartościach, które przetrwały w ukrytych izbach lekcyjnych.
Opracowała: Katarzyna Panek na podstawie:
Listy, Suwalskie Archiwum, biblioteka cyfrowa,
Pamiętniki- Leonardy Smokowskiej,
Wywiad z p. Konstantym Wróblewskim, mieszkańcem Filipowa.
